Nazwanie go idolem, nie tylko piłkarskiej młodzieży to nie przesada! Od lat jeden z najbardziej znanych i utytułowanych europejskich zawodników. Od 2007 roku jako pomocnik jest związany z klubem Borussia Dortmund i od tego czasu to również prawdziwy ambasador Polski i polskości. Uwielbiany przez kibiców niemieckiego klubu i uwielbiany tu, w kraju – jako świetny piłkarz i kapitan polskiej reprezentacji. Przygodę z piłką zaczął w swoich rodzinnych Truskolasach pod Częstochową. Trenuje od siódmego roku życia. Nie wszyscy może wiedzą, że cztery lata później w tragicznych okolicznościach stracił oboje rodziców. Z tym traumatycznym wspomnieniem i trudnym dzieciństwem zmaga się właściwie do dziś. Zwycięsko, bo Kuba to świetny facet. Prawdziwy twardziel, który nigdy się nie poddał, mimo że życie mocno dało mu w kość.
Historia, którą opowiedział widzom TVP1 w „Niepokonanych”, dla wielu Polaków była absolutną nowością. Od tamtej chwili Kubę podziwiano już nie tylko za grę na boisku, ale i za postawę życiową. I tak jest do dziś, choć to za mało powiedziane, bo Kuba dla innych robi coraz więcej.

Osoby, które w swoim życiu coś przeszły, mają to dla siebie, że nie zapominają, skąd wyszły i ile pracy, ile wysiłku kosztowało ich to, żeby dojść do miejsca gdzie są! – tak Kuba  Błaszczykowski mówił w „Wiadomościach” w grudniu 2012 roku, w ostatnim dni akcji „Szlachetna Paczka”, do której przyłączył się wspólnie z dwoma polskimi kolegami z niemieckiej drużyny. Właściwie Lewandowski, Piszczek i on nie mieli na to za bardzo czasu, bo mecze rozgrywają co trzy dni, dodatkowo ciągle trenują, więc trudno im znaleźć kilka godzin na robienie zakupów, stanie w kolejce do kasy i na koniec na to, aby wszystko ładnie zapakować. Ale on nawet przy pakowaniu przejął rolę kapitana, by wszystko dopiąć na ostatni guzik. Tak, aby za kilka dni sprawić radość siedmioosobowej rodzinie z Częstochowy mieszkającej zaledwie na 40 metrach kwadratowych.
Kuba Bałszczykowski dobrze wie, jak to jest wychowywać się w poczuciu braku bezpieczeństwa. Dorastał bez rodziców. Jego dzieciństwo nie było łatwe.
Wróćmy jednak do momentu, w którym wiele się zmieniło. Te tysiąc kilometrów, jakie dzieli Dortmund, w którym mieszka obecnie i gdzie się spotykamy, od miejsca jego narodzin, pokazuje też symbolicznie drogę, jaką przeszedł, mimo bardzo młodego wieku. Problem wielu młodych piłkarzy w Polsce jest dziś coś, co nazwałbym pozerstwem. Zagrają kilka meczów w lidze, szybko zarobią spore pieniądze i wydaje im się, że są już mistrzami. Te ich fryzury. Modne stroje. Drogie auta i piękne dziewczyny u ich boku, ten blichtr jest czymś, co znamy z kolorowych gazet, a co, niestety, nie idzie w parze z grą. Kuba jest zupełnie inny. Mimo wielkiej sławy i pozycji, jaką osiągnął, pozostał nadal skromnym, normalnym chłopakiem „z sąsiedztwa”.
Naszą rozmowę zaczęliśmy oczywiście od sportu. Kuba opowiadał o niemal każdym szczególe związanym z początkami jego gry ba boisku.
Tego się nie da zapomnieć. Do tego, co mam, nie doszedłbym bez tych początków – potu, długotrwałych treningów. Nie byłbym tu, gdzie teraz jestem. Jeździłem dwie godziny do klubu, żeby poćwiczyć. Potem dwie godziny wracałam. W tamtych czasach nie było takich połączeń ja teraz. Miałem problemy z PKS-ami. Autobusów albo nie było w rozkładzie, albo nie przyjeżdżały. Czasami czekałem dwie godziny na przystanku, a miałem wówczas 12 czy 13 lat.
Obecnie chyba każdy chłopak, który zaczyna na poważnie grać w piłkę, widzi siebie oczami wyobraźni jako następcę, może nie Ronaldo, ale Błaszczykowskiego już tak. Młody Kuba miał podobne marzenia. Jemu przychodziło to o tyle łatwiej, że trenując z bratem w pokoju, przebierał się w strój wujka, znanego piłkarza Jerzego Brzęczka, który teraz jest trenerem, a wcześniej był bardzo dobrym zawodnikiem i kapitanem naszej reprezentacji. Choć tradycji piłkarskich było w domu więcej. Jak mówi, w piłkę grało się „od pradziadków”. Jego dziadek był prezesem klubu sportowego w rodzinnej miejscowości. Choć to dopiero wujek Jurek był tym, który pierwszy u zrobił w rodzinie wielką karierę.
Myślę, że jeśli ma się taką osobę, na której można się wzorować i z którą się obcuje, to tak właśnie się dzieje. Dzięki wujkowi mogłem poznawać piłkarzy. Był do dla mnie impuls do pozytywnego myślenia, który pokazywał mi. Że wszystko jest niemal na wyciągnięcie ręki. Oczywiście nie wiedziałem, ile trzeba wyrzeczeń, by do tego dojść, Ale łatwiej było mi wejść w to środowisko.
Kuba przyznaje, że Jerzy Brzęczek to w sumie jedyny męski wzór, który miał w swoim życiu. Wzór tak dobrego zawodnika, jak i człowieka. Ciągle stara się naśladować jego podejście do ludzi i zawodu.
Po moich przeżyciach, zastąpił mi ojca. Bardzo wiele mu zawdzięczam.
To on ochronił go w tym najtrudniejszym momencie w jego życiu. I to on odkrył u małego Kuby talent piłkarski światowego formatu.
Żyrandoli stłuczonych w pokoju było bardzo dużo [śmiech], więc wujek widział ten zapał. Nawet jest z tym związana taka anegdota. Na strychu mieliśmy taki sam żyrandol i wymieniliśmy te stłuczone w czasie meczu szybki. Pewnie babcia dowiedziała się o tym teraz [śmiech]. Jurek zawsze mi mówił, że będę grać w piłkę. Wierzył we mnie nawet wtedy, gdy miałem moment załamania i przerwałem treningi na trzy miesiące.
Zanim doszło do tragedii, już wcześniej wujek cały czas powtarzał Kubie, że nie może odpuścić ani na chwilę, bo to przełoży się na jakość jego gry. Nie można zawalić nawet dwóch treningów. W wieku ośmiu lat Kuba trafił do Rakowa. O stojącej wyżej częstochowskiej Olimpii nawet nie marzył. Już wtedy wolał Raków-Częstochowę, bo klub słynął z tego, że dobrze szkolił młodzież. Pierwszy trening miał zaraz po Pierwszej Komunii Świętej. Wcześniej trenował ze starszymi chłopakami w szkole, co – jak sam przyznaje – bardzo dużo mu dało.
Kto sprawił, że z małych Brzęczkowic chłopak dojeżdżał na treningi do Częstochowy? Oczywiście wujek, mimo że miał świadomość, jak wielkiego poświęcenia będzie to od Kuby wymagało. Już wtedy przygotowywał go nie tylko do czwartej ligi, ale do pierwszej, a może nawet i do reprezentacji?
Problemem była dla mnie przesiadka. Dojeżdżałem do Częstochowy i przesiadałem się do drugiego samochodu. W tamtych czasach powszechne było tak zwane krojenie, czyli okradanie młodych chłopaków. Mnie na szczęście się to nie zdarzyło, ale wiem, że kolegom tak. Sam dojazd zajmował mi cztery godziny, więc mogłem stracić chęci i siłę.
Wujek dawał mu siłę i motywację. To on stał się jego podporą.
Jurek mówił, żeby się nigdy nie poddawać. Jego profesjonalne podejście d życia pomagało mi. Ludziom z miasta, którzy mają wszystko pod nosem, jest w życiu łatwiej. A te osoby, które są ze wsi, mają [przez te wszystkie trudności lepiej wyrobione charaktery, dużo więcej samozaparcia. Podczas treningów grałem z chłopakami z miasta, którzy byli utalentowani, ale zabrakło im zwyczajnie samozaparcia.
Rodzina Kuby Błaszczykowskiego jest jedyną (na razie!) rodziną, która dała Polakom dwóch kapitanów reprezentacji. Kuba, jako ten drugi – młodszy, wciąż podkreśla, jak wielka w tym rola wujka, o którym tak ciepło cały czas mówi. Ale ponieważ nadal pozostał tym skromnym chłopakiem. Ciągle zadaje sobie głośno pytanie, czy docenia to co ma. Czy nie jest tak, że mógł zrobić więcej? Jego mama widział dla synów sportowa przyszłość. Wierzyła, że będą grać w piłkę i będą kiedyś sławni. I na pewno dziś jest z Kuby bardzo dumna…
Wujek był dla niego mentorem, ale drugą osoba, która ukształtowała charakter chłopaka, chroniła, uczyła, dawała domowe ciepło i miłość, jest babcia. Do dziś babcia śledzi każdy występ dorosłego już wnuka i zawsze modli się w czasie jego meczów.
Kiedy zginęła mama, wszystkie domowe, rodzinne obowiązki przejęła babcia. Jestem jej za to wdzięczny. Musiałem jako jedenastolatek dojrzeć, zacząć myśleć, z wszystkimi problemami życia młodzieńczego radzić sobie sam. Zostało mi to do tej pory. Wszystko staram się robić sam. Nie chcę sobą zaprzątać innym głowy.
Gdyby nie babcia, nie wiem, co bym robił. Staram się dawać jej powodu do dumy, w pewien sposób odpłacać ej za to, co dla mnie i mojego brata zrobiła. Cała rodzina bardzo nam pomagała, gdy w wieku 11 lat straciłem rodziców. Na początku nie docierało do mnie. Co się stało. Dopiero po roku, dwóch latach zacząłem to rozumieć. Cały czas wierzę, że mama jest na górze i kibicuje mi. Staram się żyć tak, aby mogła być ze mnie dumna. Niekiedy to, co robię, robię też dla niej.
Jako piłkarz do podstawówki siedzący na ławce rezerwowych  sam nie wiem zbyt wiele, jak to jest na boisku w sytuacjach bardzo nerwowych, ale poza murawą od dorosłego Kuby bije zadziwiający spokój, a nawet blask, taka wewnętrzna pozytywna energia. Przyznaje, że to dzięki temu, co się stało, Musiał szybko dojrzeć i pewnie dlatego też nie przypomina dziś innych  młodych wyżelowanych piłkarzy. Choć sam żelu też używa i o fryzurę lubi dbać. Mimo że pogodził się z losem i tym, co stało się w rodzinie, to nie do końca może spokojnie wracać pamięcią do tamtego dnia, kiedy w tragiczny sposób stracił mamę.
Przychodzą momenty, że jest mi ciężko , bo nie mam rodziców. Tamta sytuacja uodporniła mnie na tragedie, bo straciłem wszystko, co najważniejsze, w jednej chwili. Wcześniej uciekałem do tego tematu, nie chciałem wspominać, wstydziłem się. Gdy miałem 15 lat, wujek przypomniał mi, że Jezus wybaczył swoim oprawcom, a to jest bardzo trudne. Te doświadczenia będę przekazywał moim dzieciom, aby nie popełnili moich czy swoich dziadków błędów. To piętno pozostanie we mnie do końca życia.
Kuba miał wtedy 11 lat. Ani on, ani brat nie mogli nic zrobić. Wówczas nie rozumiał zachowań dorosłych. Dziś przyznaje, że nie wie, czy kiedykolwiek dostanie odpowiedź, dlaczego to wszystko się wydarzyło. Jak to się stało, że ktoś, kto miał tyle dobrych cech, był tal porywczy? Dlaczego nie chciał rozmawiać z mamą o problemach, rozwiązać ich? Dlaczego, jeśli nie mogli już razem żyć, nie odszedł z domu? Pewnie mało kto jest w stanie sobie wyobrazić, co czuje mały chłopak. Który widzi dokonane przez własnego ojca zabójstwo matki... Co czuje, gdy nagle taci obu rodziców, matka zabita, ojca zabierają do więzienia, a kemu samemu grozi dom dziecka? Gdyby nie babcia i wujek, z pewnością nie byłby tym, kim jest dziś. Ba, nie wiem nawet, czy świat usłyszałby o Błaszczykowskim! On sam przyznaje, że tamto wydarzenie dało mu jakąś wewnętrzną siłę.
Nie wiem, czy gdyby to wszystko się nie zdarzyło, czy starczyłoby mi samozaparcia do pracy, gdy miałem momenty zawahania. Cały czas czuję, że ktoś nade mną czuwa. Wierzę, że wszystko ma sens, nic nie dzieje się przez przypadek.
Nie wiem, co by było, gdybym trafił do domu dziecka. Wierzę, że każdy ma swój krzyż, który musi nieść. Ja poświęciłem wiele czasu na dojazdy i treningi, abym mógł się teraz cieszyć z tego, co osiągam, z każdego meczu. Mają 11 lat, nie rozumiałem, co tracę, nie rozumiałem tej brutalności. Tamten moment zmienił moje życie o 180 stopni.
Powiedziałeś, że każdy niesie swój krzyż. Ale czasami nie starcza nam siły, a przynajmniej nie wszystkim. Wtedy potrzebujemy pomocy innych. Tymi osobami byli dla Ciebie babcia i wujek?
W największymi stopniu tak, ale nie mogę zapomnieć też o całej rodzinie, która mi pomagała. Byliśmy wychowywani w prawdziwie rodzinnej atmosferze. Do tej pory staramy się trzymać razem, jeden za drugim jest gotowy wskoczyć w ogień.
Tu następuje pauza. Musimy na chwilę przerwać naszą rozmowę… Dorośli faceci też mają prawo się wzruszyć.
Na początku nie rozumiałem tego wszystkiego. Wielu osobom wydaje się, że mam wszystko, co chcę, ale tak nie jest. Wciąż brakuje m rodziców. Oczywiście teraz mam żonę, więc wszystko zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Może w przyszłości będzie dziecko. Ale do końca życia w moim sercu pozostanie rysa.
Wtedy, jesienią 2010 roku, żona Kuby była już w ciąży, czym pochwalił się, gdy wyłączyliśmy kamery. Nie chciał rozgłosu… Dziś mała Oliwia ma już prawie dwa latka i jest oczkiem w głowie rodziców! Wspólnie z żona Agatą, którą poznał osiem lat temu, czyli w momencie, gdy nie grał jeszcze w Wiśle, rozpieszczają swoją córeczkę tak, jak tylko potrafią. Ale to przecież normalne, kiedy na świat przychodzi upragnione dziecko! I dobrze o tym wiedzą wszyscy rodzice.
Kuba wybaczył swemu ojcu, pomimo że on przed synem bał się przyznać do winy. Nie było w nim skruchy. Kuba zdecydował jednak, że z nim się spotka i porozmawia. Nie robił tego przez 14 lat. Chciał zmienić jego obraz, który nosił w sercu, bo – jak mówi – to był przecież mądry, tylko bardzo zagubiony człowiek. Zatracił się przez alkohol. Kuba spotkał się z ojcem, ponieważ czuł, że coś się wydarzy, I faktycznie, po jakimś czasie ojciec zmarł. Kuba był na jego pogrzebie, bo chciał oddać szacunek mężczyźnie, dzięki któremu jest na świecie.
Ale wróćmy do tamtych wydarzeń i trudnych dni, które spadły na nastoletniego Kubę. Chłopiec był w takim stanie, że nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Przez trzy miesiące nie grał, nie trenował. Wrócił do piłki dzięki wujkowi Jurkowi, babci i rodzinie, ale też – jak przyznaje – dzięki własnemu samozaparciu. To wszystko złożyło się w całość. Tylko tak można podmieść się z upadku. Nie tylko rodzina musi nas wspierać, ale także sami musimy tego chcieć.
Życie zaczyna powoli wracać do normalności. Przychodzi taki moment, gdy pojawia się przysłowiowy autobus. Możemy albo do niego wsiąść, wskoczyć w ostatniej chwili, albo go nawet nie zauważyć. Wiele zależy do nas samych. Takim autobusem w życiu Kuby była propozycja z Wisły-Kraków, gdzie znalazło się dla niego miejsce. Dodajmy, że to było ostatnie miejsce, ale on okazji nie przegapił.
To przejście z czwartej ligi do Wisły-Kraków dało mi bardzo dużo. Był taki moment na obozie na Cyprze, że wiedziałem, iż muszę zrobić wszystko, aby dostać się do kadry pierwszego zespołu. Nie wiedziałem, że tka bardzo spodobam się trenerowi, że dostanę się do pierwszej jedenastki w ciągu pół roku. Akurat w odpowiednim dniu i godzinie stałem na przystanku i wsiadłem do autobusu [śmiech].
Czujesz, że to był ten moment, kiedy zapaliło się światło i teraz będziesz szedł tylko do przodu?
Tak, jak najbardziej. Z nieznanego Kuby stałem się rozpoznawalną osobą, choć nie czuję się gwiazdą.
Ale chyba czułeś, że już wtedy byłeś dobrym piłkarzem?
Wiedziałem, że nie mogę stracić tej szansy, bo może już drugi raz się nie powtórzy. Wiem, że jeszcze czeka mnie 10 lat ciężkiej pracy.
Kiedy byłeś bardziej szczęśliwy: gdy dostałeś się do Wisły-Kraków, czy kiedy wykupiła Cię Borussia, płacąc za ogromne pieniądze i podkreślając w ten sposób Twoją pozycję?
Wydaje mi się, że bardziej emocjonalnie przeżyłem moment, kiedy przeszedłem z KS Częstochowa do Wisły–Kraków. Jak przechodziłem z Wisły do Borussi, psychicznie byłem przygotowany na pewne rzeczy. Kiedy wchodziłem do szatni w Wiśle, wiedziałem, że są tam osoby znane, mające za sobą po kilkaset meczów, bramek. Nie wiedziałem, jak mam się do nich zwracać. To była kolejna szkoła, doświadczenie, dzięki któremu mogę pomagać młodym chłopakom, uspokajać ich w szatni, podawać im pierwszy rękę, przez co będą czuć się lepiej niż ja na początku.
Kuba, mimo tego, że mieszka tysiąc kilometrów od Polski, właściwie nigdy się z nią nie rozstał. I nie chodzi tu tylko o grę w reprezentacji, w  której jest kapitanem. Nie mniej ważny jest dom rodzinny, gdzie zawsze czeka babcia i jego ulubione kotlety mielone. Ważne jest to, że ktoś czeka – podkreśla wzruszony. Pewnie nie wszyscy wiedza, ale babcia jest także najostrzejszym recenzentem jego gry!
Żona ocenia mnie łagodnie, a bacie dosadnie. Mówi to, co widzi,. Czasami powie, że grałem świetnie, innym razem, że słabo. Każdy mecz przeżywa. Ogląda mecze od dwudziestu lat, kiedy jeszcze grał Jurek. Nawet się śmiejemy, że babcia rozegrała więcej meczów niż my.
Zna się na piłce?
Bardzo dobrze. Wie o lidze angielskiej, niemieckiej, polskiej. Zaskakuje mnie, kiedy do niej przyjeżdżam, i pyta mnie, czemu nie oglądam jakiegoś meczu. Zawsze tez ma dla nie jakieś rzeczy do podpisania dla fanów. Pilnie śledzi to wszystko, co ma ze mną związek. Tego, co nas łączy, nie da się opisać w słowach. Babcia jest jak magnes, tulipan, przyciąga nas wszystkich. Dlatego też, choćby nie wiem co, wszyscy przyjeżdżamy do niej na Wigilię.
Nadal grasz wtedy z wujkiem?
Tak.
Ale dlaczego akurat w Wigilię?
Jestem przesądny i wiem, że to, co się robi w Wigilię, robi się cały rok. Dlatego tak robimy.
Ogrywasz wujka?
Czasami wujek ogrywa mnie. Gdyby więcej poćwiczył, pewnie mógłby grać jeszcze w reprezentacji.
Powiedziałeś wcześniej „tulipan”. To dlatego, że babcia bardzo lubi kwiaty?
Babcia w kwiatkach pracuje około 60 lat. Kiedyś były to szklarnie, dzisiaj ma kwiaciarnię. To jest jej życie. Czasami wstaje wcześnie rano, jedzie na rynek i pracuje. Kiedy do niej przyjeżdżam, widzę, że babcia w ogóle się nie zmienia. A przecież ciężko pracuje całe życie.
Kuba, chcąc podziękować babci za wszystko, co dla niego zrobiła, za jedne z pierwszych zarobionych samodzielnie większych pieniędzy kupił jej nową kwiaciarnię, ponieważ stara już się waliła!
To wszystko znów pokazuje, że ktoś, kto wraz z grającymi w Borussi Lewandowskim i Piszczkiem stał się ulubieńcem milionów i ambasadorem wizerunku Polski, jest ciągle tak skromnym chłopakiem „z sąsiedztwa”. Jak to możliwe?
Ciężko samego siebie oceniać. Nie zapominam tego, co przeszedłem. Odpłacam innym za to, co otrzymałem. Pomagam innym. Krzywda ludzka, którą się widzi, a szczególnie dzieci, jest spora. A co z tym czego na co dzień nie widać? To wszystko w pewnym sensie wynika z doświadczenia. Staram się z każdej rozmowy, przykrego przypadku, wyciągać wnioski. Życie jest zbyt krótkie, by je marnować. Staram się dostrzegać osoby potrzebujące pomocy, które o nią nie proszą. Zauważyłem to po tym, co przeszedłem. Wszystkie emocje, które mam na stadionie, to nagroda za to. Co musiałem wcześniej wycierpieć.
Kiedy stoisz na murawie stadionu,, bardziej przeżywasz mecz w Borussi czy gdy grasz w reprezentacji Polski? Kiedy słyszysz: Mazurka Dąbrowskiego”, masz cały czas łzy w oczach i czujesz drżenie serca?
W klubie też się gra, chce się wygrywać, ale granie w reprezentacji jest czymś szczególnym, o czym marzy każdy młody piłkarz.
Od lat mieszkasz w Niemczech i przez ten czas nie wyzbyłeś się swojej polskości. Czy Niemcy to doceniają? A może wolą, kiedy ktoś stara się być bardziej niemiecki?
Robię to, co taki jestem. Jestem patriota. Nie wyzbywa się takich rzeczy, tylko trzeba je pielęgnować. Dla mnie to normalne!
Rozpoznają Cię ludzie na ulicy?
Tak, choć może zabrzmi to nieskromnie [śmiech].
Proszą Cię o autografy?
Tak. Kiedyś wstydziłem się, teraz nie sprawia mi to większego problemu. Nie uważam, abym robił coś szczególnego. Jan szanuję każdy zawód, każdy jest potrzebny. Różnimy się tylko tym, że nas, piłkarzy, pokazują w telewizji. Szczególnie młodym chłopakom staram się tez pokazywać w ten sposób, że wszystko jest możliwe. Trzeba tylko mieć wewnętrzną siłę, wiarę we własne siły. A sport kształtuje charakter.
W czasie naszej rozmowy Kuba wielokrotnie powtarzał, jak ważna jest dla niego rodzina: tamta, którą stracił, i ta nowa, którą niedawno założył. Teraz jest szczęśliwym małżonkiem i ojcem. Jednak braku tragicznie zmarłej mamy nie da się niczym nie da się niczym wypełnić. Ci, którzy oglądają mecze, na pewno widzieli, co robi Kuba, kiedy wychodzi na murawę i kiedy strzeli bramkę. Żegna się i spogląda prosto w górę.
Zawsze tak robię. I wtedy, gdy wchodzę na boisko, i wtedy, gdy strzelę bramkę. Chcę jej jako podziękować. Robię tak, bo to dla mnie ważne. Nie zapominam o tym, co dla mnie zrobiła. Gdyby nie mama, nie byłoby mnie na świecie. Dedykuję jej każdą bramkę i każde osiągnięcie. Rozmawiam z nią… Teraz czytam książkę „Nostalgia anioła”, którą polecam. Daje mi dużo do myślenia, bo w życiu wielokrotnie rzeczy martwe dawały do zrozumienia, że coś się z nimi dzieje. Jestem religijny, wierzę w życie pozagrobowe, bo tak nauczyła nas babcia.
Czy zdarza się, że ktoś podchodzi do Ciebie w Dortmundzie i dziękuję za Twoją postawę, znając Twoje osobiste przeżycia?
Miałem kilka takich sytuacji, ale nie potrzebuję takiego współczucia. Jestem silny. Mogę powiedzieć osobom, które przeżyły taką tragedię, że chciałbym dać im przykład, że trzeba iść dalej, nawet jeśli coś się ni uda. To, że nie ukrywam swojej trudnej historii, jest też ważne dla innych. Podtrzymuje na duchu tych, którzy myśleli, że mają ciężko, a tu dowiadują się, że jest ktoś, kto miał jeszcze gorzej niż oni. Otrzymuję wiele takich listów. Jeśli się myśli, że życie nie ma dalej sensu, to nie wolno się temu poddać! Trzeba dalej wierzyć. Nie po to Bóg daje życie, abyś je sobie lub komuś zabierał, ale po to, byś przeżył je jak najlepiej.
Nie ukrywam, że po takich słowach miałem łzy w oczach. Dla mnie to była jedna z najważniejszych rozmów w życiu!

K. Ziemiec, Niepokonani. Jakub Błaszczykowski, Kraków 2013, 105-117.

Parafia

 

Czytelnia