JASIEK MELA


Podróżnik polarnik, Najmłodszy zdobywca dwóch biegunów. Jest także pierwszym niepełnosprawnym, który dokonał takiego wyczynu! Zdobył kolejno Kilimandżaro i Elbrus. Przebiegł nowojorski maraton. Niósł pochodnię z ogniem olimpijskim. Pokonał wiele innych mniejszych  i większych biegów, wysokości i barier. Ale najważniejsze, że cały czas  pokonuje z sukcesem ten swój własny życiowy maraton. A wszystko zaczęło się od pierwszej wyprawy w 2004 r.

Gdyby nie relacja telewizyjna z wyprawy na biegun, którą w TVP1 oglądała  wówczas cala Polska, świat pewnie nie dowiedziałby się o Jaśku, choć wówczas jeszcze Jasiu... który w 2002 r. w wyniku porażenia prądem  stracił przedramię i podudzie. Dziś nadal, mimo dorosłości, chce być nie Janem, a Jaśkiem. Sam tak to tłumaczy:

Mam taką swoją teorię, że z Jasia wyrosłem po trzynastym roku życia;  żeby być Jankiem, musiałbym mieć czołg i psa; na Jana potrzeba mi długiej brody, więc chwilowo jestem Jaśkiem – tak sam to tłumaczy. – Może trochę chłopięco, ale po prostu tak lubię. W swojej głowie sam tak na siebie mówię.
A więc Jasiek jest przykładem osoby, dla której dramat przemienił się w sukces i stał się początkiem wielkiej pasji, życiowej misji a także zawodowych zajęć. To namacalny dowód potwierdzający tezę, że coś z pozoru złego może zrodzić dobro! I to dużo dobra, bo Jasiek dziś to nie tylko podróżnik spełniający własne marzenia, ale również społecznik, a przede wszystkim ambasador akcji – jak ja to sam nazywam – „Da się tylko trzeba chcieć”. Prowadzi własną Fundację „Poza Horyzonty”. Jej celem jest pomaganie ludziom po wypadkach, w których stracili kończyny, i zbieranie pieniędzy na protezy dla osób po amputacjach. To wielka sprawa, bo mało kto sobie zdaje sprawę, jak duży to wydatek. Taka  nowoczesna proteza kosztuje tyle, co luksusowa limuzyna. Jasiek jest zdobywcą wielu nagród.
Jak na tak młodego człowieka, Jasiek ma bardzo bogaty życiorys. Jak on to osiągnął? Dlaczego się nie poddał, kiedy było mu ciężko? Czy ktoś mu w tym pomógł? U mnie w programie przyznał wprost – wypadek nauczył go, że póki życie trwa, póty mamy na nie wpływ.
Po wypadku myślałem o tym, czego nie będę w stanie zrobić. Kiedy wyjeżdżałem z domu, na początku na wózku, wydawało mi się, że ludzie cały czas się na mnie patrzą, że jestem inny, gorszy. Najtrudniejsze było dla mnie zaakceptowanie samego siebie. Kiedy mi się to udało, zrozumiałem, że to nie ilość nóg i rąk decyduje o tym, kim jestem, ale  to, co mam w głowie. Jeżeli człowiek chce się poddać i wmówić sobie, że jest beznadziejny, to niepełnosprawność jest najlepszą wymówką. Wiele osób niepełnosprawnych właśnie tak podchodzi do swojej sytuacji.
Dziś po dziecięciu latach od wypadku Jasiek nie ma problemu, żeby o tym wszystkim mówić. To raczej ja czułem się niezręcznie, kiedy spotkaliśmy się na nagraniu programu. Było to nad Wisłą, w okolicach Warszawy; w pobliżu Konstancina, gdzie rzeka wyglądała na dziką i nieujarzmioną. To był pomysł reżysera programu Grzegorza Jankowskiego i wydawcy Tomka
Płuciennika. Oni widzieli to piękne i bardzo dzikie miejsc już wcześniej i pomyśleli, że jeżeli rozmawiać w Warszawie z podróżnikiem, to tylko tam! Mieli rację.
Spotkaliśmy się nad brzegiem Wisły i – przyznam szczerze – nie bardzo wiedziałem, jak się przywitać z kimś, kto ... nie ma ręki. Na szczęście Jasiek, dzięki swojej bezpośredniości – co nie jest zbyt częste wśród osób niepełnosprawnych – załatwił to zupełnie normalnie.
Często jest tak, że ludzie ni chcą mieć kontaktu z niepełnosprawnym. Niepotrzebnie się boją.

Wydaje mi się, że to my sami tworzymy sobie takie bariery. Pełnosprawni boją się niepełnosprawnych. Boją się im pomagać, bo nie chcą być posądzeni, że robią coś z litości. Ja sam w takiej sytuacji się znalazłem!
Tak, ale jest różnica między pomaganiem a wyręczaniem. Kiedy zawiązuję buty, wiem, że szybciej będzie , gdy poproszę kogoś o pomoc.

Dystans, którego tak niepotrzebnie się bałem, od pierwszej chwili bardzo się zmniejszył. Zachęcony, zacząłem pytać o najważniejsze, a mianowicie, co stało się, że jego życie tak dziś wygląda. Był przecież moment, że mając trzynaście lat, mógł przejść na tamtą stronę... A jednak przeżył! Sam otwarcie mówi, że ten wypadek w niektórych aspektach, był doświadczeniem podarowanym przez Boga.
Na samym początku, kiedy rozpatrywałem to w aspekcie Boga i wiary, myślałem tak: „Jakim cudem Bóg jest dobry, skoro pozwala na takie cierpienie, na śmierć młodszego brata parę lat wcześniej, stratę domu i ten wypadek”. Ale czas i przemyślenia pozwoliły mi zrozumieć, że za każdym razem, gdy coś tracimy, to coś dostajemy. Bóg nigdy nie zostawia w nas pustych miejsc.
Tak dojrzale mówi zaledwie dwudziestokilkuletni człowiek, młody mężczyzna, który stracił rękę i kawałek nogi! Poraził go prąd, kiedy w czasie deszczu schował się w... budce z transformatorem. Dziś nie ma znaczenia, czy stało się to przez niedopatrzenie firmy energetycznej, niewiedzę czy młodzieńczą głupotę. O własnych siłach dotarł do domu.
Potem był szpital i operacje, ale najważniejsze, że przeżył! Ale to nie był jedyny tragiczny moment w jego życiu. Kiedy miał sześć lat, spłonął ich dom w Malborku. Wszyscy, czyli rodzice, dziadkowie, on, dwie siostry i brat, patrzyli, jak płonie cały ich dobytek. Rok później w jeziorze utopił się jego brat. Właśnie w jednej chwili zwalił się cały jego dotychczasowy świat. Potem był w wypadek. Mogłoby się wydawać, że stracił wszystko. A co dostał?
Dostałem siłę i znalazłem sens życia. Nie mam większych oporów przed mówieniem o swojej niepełnosprawności i wypadku. Dzieląc się swoim doświadczeniem chociażby z tymi, którzy są na podobnej drodze jak ja, ale na innym etapie, z ludźmi, którzy są po wypadkach, w szpitalach, mogę nadać sens swojemu cierpieniu, sens swojemu wypadkowi.
Jaki sens ma cierpienie i to jeszcze w takim wieku? Wielu, nie tylko młodych ludzi, nie chce po tym słyszeć. Cierpienie bywa raczej odbierane jako kara albo niesprawiedliwość.
Cierpienie pozwala nam cieszyć się z dobrych rzeczy, jakie spotykają nas w życiu. Leżąc w szpitalu, patrząc z okna szpitalnej sali, zazdrościłem ludziom, że mogą sobie chodzić, że mają zdrowe nogi. Dla mnie marzeniem było przespacerować się po parku. Nieważne, w jakim celu. Kiedy dostałem pierwszą protezę nogi, która wyglądała jak proteza magazynowana w Auschwitz, cieszyłem się jak dziecko. Gdyby nie wypadek, w życiu bym tego nie docenił.
Historia Jaska Meli nie jest jak hollywoodzki film, z happy Endem. To byłoby niewiarygodne dla innych. On również miał momenty załamania, kiedy nie było pewnoś1)ci, czy stanie na nogi.
Wiedząc o tym, zapytałem go wprost:
Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że może lepiej by było, żeby ten prąd wtedy kopnął Cię mocniej? Byłoby łatwiej, bo bez bólu…
Było wiele takich chwil w szpitalu, kiedy doświadczałem czegoś najgorszego w życiu, czyli bezradności. Tego, że przychodzi wielka dawka bólu, a ja nie wiem, kiedy to się skończy. Czy kolejna operacja skończy się dobrze, czy się wybudzę. Co sześć godzin podawano mi kolejną dawkę morfiny, aby uśmierzała ból, który za chwilę wracał. Wtedy zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby trafić do tego lepszego świata. Ale zrozumiałem, że taka jest moja misja, że to Bóg dał mi taki los. Faktycznie, mogłem pójść na łatwiznę i stąd prysnąć, ale samobójstwo to najgorsze tchórzostwo.
A kto jest dla Ciebie wzorem?
Trudno powiedzieć, bo takich wzorów mam kilka. Na pewno wzorami, choć nie jedynymi, są moi rodzice. Pamiętam moment kiedy leżałem w szpitalu po wypadku. Lekarze byli zmuszeni amputować mi rękę i nogę. Świat mi się zawalił. Wydawało mi się, że nic dobrego mnie już nie czeka. Pewnego razu zapytałem mamę wprost, czy umrę. Powiedział, że nie wiadomo, ale musimy być dobrej myśli. To jest szokujące, bo teoretycznie mama powinna powiedzieć, że będzie wszystko dobrze. Rodzice zawsze serwowali mi prawdę, nawet najgorszą, bo trzeba sobie z nią poradzić.
Tym, który namieszał wżyciu Jaska i sprawił, że wypadek zmienił jego świat, był podróżnik i polarnik Marek Kamiński. To dzięki niemu Jasiek się nie poddał.
Poznałem go w 2002 r. Miałem 13 lat i leżałem w szpitalu po porażeniu prądem. Byłem w kiepskim stanie. Rodzice wpadli na pomysł, żeby zaprosić go na krótką rozmowę ze mną. Chcieli, żeby ktoś dął mi takiego kopa. Ale on akurat był w trasie, jak to Marek. Chciał jednak mi pomóc. Myślał, żebyśmy pojechali razem na spływ kajakowy albo poszli w góry, ale... w końcu zaproponował wyprawę na Biegun Północny. Byli tacy, którzy pukali się w głowę, słysząc o tym pomyśle. Chcieliśmy jednak pokazać, że nie ma barier nie do pokonania, że niepełnosprawni też potrafią. Marek pokazywał mi, jak radzić sobie ze zmęczeniem, mrozem, jak pokonywać kolejne etapy wyprawy. Ale przede wszystkim nauczył mnie, jak wyznaczać sobie cele, sięgać po marzenia i je realizować. Pokazał, że nie wolno się zatrzymywać, nie można się poddawać!
I udało się. W kwietniu 2004 roku razem z Markiem Kamińskim, Wojciechem Ostrowskim i Wojciechem Moskalem dotarł na Biegun Północny. Przed nim na ten wyczyn nie zdobył się ani nikt młodszy, ani żaden niepełnosprawny. Jasiek Mela, dziś już podróżnik z doświadczeniem, na swym koncie ma także zdobycie Bieguna Południowego (grudzień 2004 roku), jak również wejście na Kilimandżaro (2008 rok), Elbrus (2009 rok) oraz na El Capitan (2010 rok).
Ale wtedy taka wyprawa to było szaleństwo!
Dopiero zaczynałem poznawać życie na nowo, akceptować siebie i uczyć się chodzić na protezie. Kiedy zrozumiałem, że to propozycja na serio, powiedziałem Markowi: „To brzmi genialnie, ale prawda jest taka, że ja nic o tym nie wiem, poza tym, że jest zimno. Czy ja nie zamarznę?”. Marek pożyczył mi kilka książek, dzienników z wypraw. Wojtek Ostrowski dał mi kilka filmów, które nakręcił podczas wypraw z Markiem, żebym zobaczył, o co w tym wszystkim chodzi. Dopiero tydzień czy dwa po tym spotkaniu podjąłem decyzję. Nadal pełen wątpliwości, powiedziałem: „Zaczynajmy!”. Nie było wiadomo, czy mój organizm da obie radę. Trenowaliśmy, ale nie wiedzieliśmy, co będzie dalej... Półtoraroczny okres przygotowań do wyprawy był pełen momentów zwątpienia. Dodatkowo spotykaliśmy ludzi, którzy nas od tego pomysłu odciągali. Uważali, że to niebezpieczne, ryzykowne. Ale Marek gwarantował bezpieczeństwo.
Jasiek do dziś głośno mówi o tym i podkreśla, jak wiele zawdzięcza Markowi.
Marek jest i był dla mnie nauczycielem, nawet nie podróżnikiem. Nasza podróż nie była dla mnie sportem, celem nie były śniegi, lody, ale walka z barierą mentalną. Dla mnie było to półtora roku walki z różnymi przeciwnościami, lenistwem, myśleniem, że nie dam sobie rady. Marek podnosił mnie, kiedy się poddawałem, a upadałem mnóstwo razy, myśląc, że to nie ma sensu.
Czy gdybyś go nie spotkały byłoby inaczej?
Na pewno. Głęboko wierzę w to, że w życiu każdego z nas jest tak że gdy spotykamy ludzi, to coś sprawia, że przy jednych się zatrzymujemy, a przy innych nie. Chyba wszystkich najważniejszych ludzi w moim życiu spotkałem przez niezwykłe zbiegi okoliczności. No, może nie licząc rodziców [śmiech]. To nie były planowane spotkania, ale opóźniony tramwaj, wyjazd, na który miałem nie jechać... To jest chyba powód, dlaczego wstałem przez Marka zabrany na taką wyprawę. Być może doszedł do takiego etapu w życiu, kiedy wyprawy robione dla niego samego przestały mu wystarczać. Jak to zazwyczaj bywa, mistrz zaczął szukać swojego ucznia. Może pomyślał, że wyprawa z chłopaczkiem bez ręki i nogi będzie większym wyzwaniem niż zdobycie bieguna z zamkniętymi oczami. Na pewno było to dla niego ogromne wyzwanie.
Co mobilizowało Jaśka? Przede wszystkim praca, która została włożona w przygotowania do wyprawy. Nie chciał wyjść na mięczaka. Choć pewnie nikt nie miałby mu tego za złe. Nie chciał zawieść siebie i zespołu. Szybko zdał sobie sprawę, że nie robi tego tylko dla siebie, osoby niepełnosprawnej, która ma mniejsze możliwości, ale dla znacznie większej grupy, dla której niebawem stanie się ambasadorem i wzorem!
Postanowiliśmy pokazać wszystkim tym, którzy w nas nie wierzyli, że byli w biedzie. Zrozumiałem, że chcę się stać przykładem dla innych i pokazać im, że sami mogą walczyć o swoje marzenia. Kiedy wróciliśmy z wyprawy, zaczęliśmy dostawać listy i e-maile. Zaczęły się spotkania. Ludzie chcieli, żebyśmy o tym opowiadali. Szczególnie pytali o moje osobiste przeżycia. Na początku podchodziłem do tej wyprawy tak nieco egoistycznie. Chciałem sobie udowodnić, że sobie poradzę. Dopiero potem się to zmieniło.
Doświadczyłem tego na własnej skórze. Ta moja mała, w porównaniu z innymi, walka o powrót do normalności także stała się dla wielu osób wielkim przykładem, pewnym symbolem. Dziś wiem, że dla niektórych to bardzo ważne, bo to daje im energię, której sami nie mają. Jeśli niepełnosprawny daje sobie radę i nie płacze, to inni też tak mogą! Trzeba tylko chcieć. I nie musi się wyruszać aż na biegun - ja sam jeszcze nie byłem, a nawet o tym nie marzę. Wystarczy wyznaczać sobie cel i małymi krokami do niego dochodzić. Kiedy sam już wyszedłem na prostą, zrozumiałem, jak bardzo inni ludzie potrzebują przykładu, namacalnego dowodu, że się da. Jasiek przyznaje, że był to początek drogi do zawstydzania ludzi i mówienia im wprost: Stary, masz dwie ręce, dwie nogi i nic nie robisz nie dlatego, że los tak chciał, ale dlatego, że ci się nie chce. Bierz się więc w garść.
Jasiek absolutnie ma rację, twierdząc, że kalectwo to stan umysłu, bariera, którą ludzie sami sobie stwarzają. Można ją przełamać, ale trzeba tego chcieć i mieć wokół siebie dobrych ludzi. Pamiętam, jak wielkie było zaskoczenie pewnego młodego poparzonego chłopaka, którego, na prośbę jego matki, odwiedziłem w szpitalu. Obiecał, że będzie twardy. Pamiętam też, jak starałem się pilnować pochodzącego z małej wioski, a przez to osamotnionego pacjenta leżącego razem ze mną w szpitalu. Przez rok po wyjściu sprawdzałem, czy chodzi na rehabilitację, czy ma opiekę medyczną. Takie drobne gesty, pokazanie komuś, że nie jest sam ze swoim problemem, są bardzo znaczące.
Jasiek miał o tyle łatwiej, że patrzyła na niego i kibicowała mu niemal cała Polska. Nie mógł się poddać! Po pierwszym biegunie przyszedł czas na drugi. Potem były inne głośne wyprawy, aż wreszcie pojawił się nowy pomysł na życie. Ponownie Marek pokazał mu sens życia.
Miałem dużo szczęścia, spotykając na swojej drodze Marka. Dlatego teraz pomagam innym. Uważam, że kiedy dostaje się taką energię, warto ją nieść dalej. Czasami jest tak, że zwykłą rozmową, uśmiechem możesz dać drugiemu człowiekowi coś więcej.
Gdy o tym mówiłeś, przypominały mi się słowa z kazania Jana Pawła II, kiedy mówił, że „«Solidarność» to jeden drugiego brzemiona noście". Ty dostałeś list od Ojca Świętego z cytatem z kazania, że każdy ma swoje Westerplatte, o które trzeba walczyć.
To prawda. Jest to dla mnie jedna z takich wielkich historii. Kiedy doszliśmy na Biegun Północny, postanowiliśmy, ja, Marek, Wojtek Ostrowski i Wojtek Moskal, napisać telegram do Ojca Świętego. Nie bezpośrednio z bieguna, ale przez telefon satelitarny. Dostaliśmy odpowiedź ze Stolicy Apostolskiej, że telegram dotarł. I tyle. Dopiero pół roku później, gdy wędrowaliśmy na Biegun Południowy, w najgorszym momencie, kiedy wiatr nam przeszkadzał, kiedy było ciężko, dostaliśmy odpowiedź, która była dla nas niesamowita.
Byliście wzruszeni?
Tak, to nam dodało energii, bo na takiej wyprawie człowiek w jakimś sensie jest bliżej Boga, choć nie do końca się z tym zgadzam. Kiedyś słyszałem, że w górach człowiek jest bliżej Stwórcy. Ja myślę, że to nie jest prawda, bo to nie kwestia odległości, ale dystansu, jaki sami sobie tworzymy. Mogę podać przykład. Kiedy siedzimy na plaży i odsuniemy się od siebie opięć metrów, możemy do siebie krzyczeć i się usłyszymy, a w Warszawie jest to nierealne. Z Bogiem jest tak samo. On jest wszędzie tak samo blisko czy daleko. Kwestią jest tylko, czy chcemy z Nim rozmawiać.
Kiedy wpadłeś na pomysł, że dalekie wyprawy z innymi to może być Twój sposób na życie?
To nie był mój plan. To wyszło samo z siebie. Po wyprawach na bieguny zaczęliśmy z Markiem dostawać masę zaproszeń do przeróżnych szkół. Na początku myślałem, że będą to prelekcje podróżnicze. Później zrozumiałem, że ludzie potrzebują nadziei. Staram się pokazywać, że można pokonać wiele przeszkód, co mogę potwierdzić, bo na dowód mam swoje doświadczenie. To nie jest teoria, że miałem wypadek, że byłem na biegunach, że robiłem w życiu mnóstwo rzeczy, z których się cieszę. Absolutnie nie czuję się niepełnosprawny.
A która z tych wypraw była najtrudniejsza? Ta na biegun, na szczyt czy może któraś w niskie góry?
Trudno ocenić. Każda z tych wypraw była zupełnie inna. Na pewno najtrudniejsza fizycznie i technicznie była dla mnie ta na Elbrus, czyli pierwsza wyprawa zorganizowana przez naszą Fundację „Poza Horyzonty". Wchodziliśmy razem z Piotrkiem, który nie ma płuca, i Łukaszem, chłopakiem niewidomym od urodzenia. Ataku szczytowego dokonywaliśmy dwa razy, bo za pierwszym razem się nie udało. To było najtrudniejsze technicznie, ale wiedziałem, że muszę iść dalej.
Zadaniem fundacji Jaśka Meli jest organizacja wypraw, także tych dalekich, dostępnych raczej dla osób zdrowych, z udziałem osób niepełnosprawnych, jak również promowanie aktywnego życia nawet bez rąk czy nóg. Jasiek i jego ludzie odwiedzają też pacjentów w szpitalach. Pomagają niepełnosprawnym w powrocie do normalnego życia, a przede wszystkim w przełamywaniu strachu i oporu przed nową sytuacją. Takim impulsem była wyprawa na Kilimandżaro, kiedy Anna Dymna zgromadziła ekipę ludzi na wózkach, niewidomych, dysfunkcyjnych. Pokazali, że można!
Jest jeszcze coś, co Jaśkowi także się udało. Poznał kobietę, z którą chce dzielić życie. Jest z tego bardzo dumny.
Bardzo się bałem, że nie znajdę nikogo takiego. Spotkałem osobę, która daje mi mnóstwo energii i pokazuje, że najważniejsze są marzenia, że trzeba sobie dawać radę.
Czy ciężko było pokonać strach przed niepełnosprawnością w stosunku do drugiej osoby? Czy wierzył, że znajdzie się ktoś, kto go pokocha, z kim w przyszłości założy rodzinę? Czy obawiał się litości ze strony wybranki?
Wydaje mi się, że inaczej wygląda to z punktu widzenia kobiety i mężczyzny. Często myślałem nad tym, co by było, gdybym spotykał się dziewczyną, a po rozstaniu okazało się, że była, ze mną z litości. Dobrze jest mieć poczucie własnej męskości czy kobiecości. Związki bardzo wiele mnie nauczyły co do samodzielności i radzenia sobie z samym sobą, a także z kimś. Cieszę się, że sam mogę wyremontować mieszkanie, a to, że nie mam nogi, to „pikuś". Mam mnóstwo innych słabości.
Jakich?
Wielokrotnie mam tak, że zabieram się za tysiąc różnych rzeczy w jednym momencie. Chociażby maluję ścianę, ale kiedy opadnę z sił i zostanie mi mały kawałeczek do dokończenia, może on czekać na ukończenie nawet cały miesiąc. Zaczynam studia po raz trzeci, a powinienem być już na piątym roku. Jednak moja ukochana Ania, oprócz dzielenia ze mną szalonej natury, pomaga mi być konsekwentnym.
Jesteś szczęśliwy?
Myślę, że tak. Wielu rzeczy mi brakuje, ale to powinno mnie mobilizować do tego, żebym nad sobą pracował. Wiadomo, że każdy ma inną definicję szczęścia, ale myślę, że najważniejsze jest to, aby mieć obok siebie kogoś bliskiego, kto jest dla nas inspiracją, sensem życia. Super jest podróżować, spotykać nowych ludzi, ale najlepiej jest doświadczać tego z kimś. Założenie rodziny to najważniejsza misja człowieka, a patrzenie na dorastające dzieci to największa z możliwych podróży.
Jak wyobrażasz sobie siebie za jakiś czas? Że idziesz z dziećmi, żoną i pokazujesz im góry? Jesteś dla nich podporą?
Wyobrażam sobie siebie w tych momentach, kiedy trudno jest być rodzicem. To na pewno będą wielkie lekcje pokory. Ale najpiękniejszym wyobrażeniem i marzeniem, które pojawia się w mojej głowie, jest budzenie się rano przy mojej, dziś przyszłej żonie i jej uśmiech z rana, najlepiej pośród hałasu galopujących dzieciaków.

K. Ziemiec, Niepokonani, Kraków 2013, 31-42

Słowo wzywające do wiary

Plac pełen żołnierzy.‭ ‬Jednakowe mundury.‭ ‬Te same czapki.‭ ‬Równy szereg butów.‭ ‬Padają jedne za drugimi słowa przysięgi.‭ ‬A potem wszyscy rozglądają się ze swoimi bliskimi.‭ ‬Chcą w tej chwili być razem.‭ ‬Mały chłopiec szuka swego ojca.‭ ‬Zadziera głowę,‭ ‬by dojrzeć jego twarz.‭ ‬Za wysoko.‭ ‬Wśród podobnie wyglądających mężczyzn trudno go rozpoznać.‭ ‬I nagle słyszy jego głos.‭ ‬Teraz wie,‭ ‬w którym kierunku ma pobiec.‭ ‬I już za chwilę jest w jego ramionach.‭ ‬Wysoko uniesiony widzi jego oczy.‭ ‬Teraz znów mogą być razem.

CZYTAJ DALEJ

fb/narodzeni