MONIKA KUSZYŃSKA
Artystka, wokalistka, ale przede wszystkim osoba niezłomna, która swoją postawą wielu dodaje sił. Występowała w zespole Ferenheit i Varius Manx. Jej zawodowe, związane ze sceną plany zniszczył w 2006 roku wypadek samochodowy pod Miliczem. Została częściowo sparaliżowana. Nie poddała się jednak i mimo niepełnosprawności wróciła do śpiewania w 2009 roku  napisaną przez siebie piosenką „Nowa rodzę się”. Na dobre na scenę powróciła w 20121 r., kiedy z utworem „Ocaleni” pojawiła się podczas koncertu „Premiery” w Opolu. W tym samym roku została wydana „Ocalona”   - jej pierwsza solowa płyta.
Spotkanie z Moniką było dla mnie jednym z najtrudniejszych, choćby dlatego, że to była moja pierwsza rozmowa z tego cyklu. Było to spotkanie ważne, ale i trudne, ponieważ sam już wówczas doskonale wiedziałem, że niełatwo jest mówić o własnym bólu, cierpieniu i niepełnosprawności. A tym bardziej niełatwo o tym rozmawiać z piękną i młodą dziewczyną, która tak niedawno jeszcze śpiewała i tańczyła na scenie. Tajemniczy głos, uśmiechnięta twarz i te długie nogi stały się przecież jej znakiem firmowym.
Ale wypadek samochodowy zmienił to wszystko w jednej chwili, Monika, mimo wielu różnych prób, nowoczesnych zabiegów i ciągłej rehabilitacji, do dziś nie odzyskała władzy w nogach. Jest sparaliżowana od pasa w dół i musi poruszać się na wózku, ale jeśli opisałbym ją jako osobę niepełnosprawną, to byłaby to absolutna nieprawda. Ona żyje pełnią życia. Robi tak wiele rzeczy, że pewnie niejeden w pełni sprawny człowiek nie miałby na to siły i ochoty. Choćby dlatego, że wymaga to wielu poświęceń i ciągłej żmudnej pracy nad sobą.
Jadąc do Moniki – a był to czas, kiedy o niej chyba nieco zapomniano, a ona sama nie była tak obecna w mediach jak dziś – bałem się, że spotkam osobę smutną, nieszczęśliwą, niepogodzoną z losem. Tymczasem zobaczyłem Monikę uśmiechniętą, mającą chyba większy apetyt na życie niż przed wypadkiem. Już wówczas biła z niej trudna do opisania siła i dobro.  Moje wszystkie obawy okazały się zupełnie nie potrzebne. Do tego stopnia, że – chyba mogę tak powiedzieć – staliśmy się przyjaciółmi, którzy dzielą wspólny los „ocalonych”... To zresztą jej określenie, bo w 2012 roku nagrała piosenkę o takim właśnie tytule, a mnie zaprosiła do grona osób, które wystąpiły w teledysku.
Gdy się spotkaliśmy pierwszy raz, w sierpniu 2010 roku, Monika dopiero wracała do śpiewania. Próbowała zaledwie myśleć o jakimś większym powrocie. Cała Polska poznała ją ponownie właśnie dopiero dzięki jej udziałowi w programie „Bitwa na głosy” w TVP2. To, czego dokonała od chwili wypadku, doskonale pokazuje, że nic nie jest w stanie jej pokonać! Zresztą jest ona wzorcowym przykładem owych „niepokonanych”. Taki był właśnie tytuł programu, dzięki któremu zeszły się nasze drogi. Monika Kuszyńska była moim pierwszym gościem.
Po kilku latach życia bez sceny Monikę  chyba trochę jeszcze peszyły nasze lampy i kamery. Ale z minuty na minutę zaczynaliśmy rozumieć się coraz lepiej, a moje pytania nabierały także coraz bardziej osobistego charakteru.
Telewizyjne studio plenerowe urządziliśmy w jednej z hal filmowych w Łodzi. Było to miejsce dla niej bardzo istotne. To tam wszystko się zaczęło... a na pewno jej kariera muzyczna. To tam miała próby i nagrywała piosenki wraz z jej pierwszym zespołem Farenheit. Miała wtedy około 20 lat i kochała śpiewanie. To był czas studiów na wydziale muzykoterapii akademii muzycznej. Tam poznała też panów z Varius Manx, od których po kilku miesiącach otrzymała propozycję dołączenia do ich zespołu w roli wokalistki. Dostała wielką szansę, a jej życie zmieniło się dosłownie z dnia na dzień. Trzeba przypomnieć, że Viarus Manx, w którym śpiewała wcześniej Anita Lipnicka i Kasia Stankiewicz, święcił wówczas triumfy. Scena zaczęła być jej domem i żywiołem. W Łodzi nagrali pierwszą wspólną płytę. Po „Ecie” przyszedł czas na „Eno” i „Emi”. Znała ją cała Polska, ale Łódź była dla niej cały czas takim miejscem wytchnienia, bo już wówczas żyła bardzo szybko. Nawet nie myślała że to wszystko może nagle się zatrzymać.
Tamten moment zapamiętała doskonale. To był maj 2006 roku. Wracali z koncertu. Ich samochód jechał zbyt szybko i wyleciał z trasy. Ona była w środku. Siedziała obok kierowcy.
Niestety, nie straciłam przytomności. Pamiętam wszystko ze szczegółami. Pamiętam ból, którego nigdy wcześniej nie doznałam, więc trudno go zapomnieć. Porównałabym go do tego, który odczuwa się podczas tonięcia, ponieważ, pomijając, że miałam złamany kręgosłup i od pasa w dół nic nie czułam, miałam krew w płucach i to powodowało, że się topiłam. Nie mogłam oddychać. Czułam, jakby ktoś wbijał mi milion igieł w klatkę piersiową. Każdy oddech był wielkim wysiłkiem. Na szczęście zachowałam zimną krew. Wiedziałam, że nie mogę się ruszać, że muszę powoli oddychać. Nie wpadłam w panikę, a wręcz przeciwnie, byłam bardzo spokojna. Miałam w sobie spokój, że będę żyła, tylko należy przetrwać.
Przeczuwałaś wcześniej, przed drogą, że stanie się coś złego?
Coś przeczuwałam. Nie spałam całą noc, byłam podenerwowana. Koncert, z którego wtedy wracaliśmy, był dla mnie bardzo stresujący, jakbym czuła, że to jest ostatni mój występ.
Pomyślałem, że gdyby wsiadła wówczas do innego samochodu, albo usiadła w innym miejscu, to teraz rozmawialibyśmy na zupełnie inne tematy, bo jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. I nie pomyliłem się...
Miałam siedzieć z tyłu, ale w ostatniej chwili zamieniłam się z naszym akustykiem, któremu nic się nie stało w tym wypadku, a który odstąpił mi swoje miejsce, bo stwierdził, że będzie mi z przodu wygodniej.
Obwiniałaś kogoś za to, co się stało? Miałaś do kogoś żal?
To wydaje się oczywiste... ale od razu sobie tłumaczyłam, że przecież każdy z nas mógł siedzieć za kierownicą.
Każdy kto usłyszał wówczas o tym wypadku, zapewne od razu obwiniał kierowcę, którym był Robert Janson, lider zespołu. Monika próbuje to widzieć szerzej. 
Większość moich fanów, czy osoby, które były ze mną blisko, którym zależało na mnie, gdzieś na pewno to czuły. Zawsze próbowałam im wyperswadować, żeby nie wchodzili w takie myślenie, bo on przecież nie chciał tego zrobić, nie chciał mnie skrzywdzić.
Tak, to pewne, ale w takim momencie ludzie zawsze szukają winnych. A u tych, którzy ucierpieli, często pojawia się strach, a potem bunt i złość.
Nie, ja nie pytałam, dlaczego akurat ja, dlaczego to właśnie mnie spotkało. Tak naprawdę nigdy z całą pewnością nie poczułam, że nie będę chodzić. Teraz, kiedy rozmawiam z Tobą, też nie mam tej pewności i nie chcę jej mieć. Nie dlatego, że się boję, ale wciąż mam nadzieję i wierzę w to, że może być inaczej. Medycyna rozwija się bardzo szybko i nawet jeśli teraz nie ma takiej możliwości, za kilka lat może się ona pojawić. Życie jest zaskakujące. Może nagle ktoś wynajdzie coś, co postawi mnie na nogi. Rehabilituję się, aby być w dobrej formie i w każdej chwili podjąć to wyzwanie.
To prawda, że współczesna medycyna czyni cuda, o których kilka lat temu nikomu się nie śniło. Ale w oczekiwaniu na ten efekt trzeba też umieć trwać. Po tym, co sam przeszedłem, doskonale wiem, jak ciężkim wyzwaniem dla chorego jest rehabilitacja; jak wiele trzeba mieć w sobie sił, aby pokonać opór mięśni i ból; jak wiele trzeba wiary, że to coś da, że nikt nas celowo nie skrzywdził i jak bardzo trzeba zaciskać zęby, żeby każdego dnia się z tym zmagać. Nie zrobimy tego, jeśli wokół nas nie będzie życzliwych ludzi... A o tym zazwyczaj się nie myśli, kiedy wszystko jest w porządku.
Monika wcześniej była bardzo aktywna, dbała o formę i kondycję. Było jej jednak ciężko zmagać się z samą sobą, kiedy jej ciało odpowiadało posłuszeństwa i gdy to wszystko musiała ułożyć sobie w głowie, zdać sobie sprawę z tego, że podnosi mogę, która tak naprawdę nie funkcjonuje. Jest to bardzo trudne. Sama przyznaje:
Były pot i łzy. Miała załamanie i to nawet kilka razy. Jest to taki moment, że znajdujesz się nagle poza swoją planetą, wyobcowany. Nie wiesz, co nasz dale robić, jak żyć. Są to właśnie te momenty załamania, ale na szczęście szybko przeszły.
Co Ci pomogło? Bo przecież są też tacy, którzy wpadają w takich sytuacjach w głęboką depresję. Co sprawiło, że te momenty przeszły?
Ludzie, którzy byli dookoła mnie. Te kilka osób, które motywowały mnie do życia i swoją obecnością przypominały mi, że mam dla kogo żyć. Każdy bowiem, kto przeszedł przez podobną sytuację – to wiem z rozmów z innymi ludźmi – ma taki moment, że zdaje sobie pytanie, czy może nie dać sobie spokoju. Skoro już zadałam im nieświadomie tyle bólu, widzę, jak cierpią, ale cieszą się, że żyję, byłabym okrutna, gdybym zafundowała im jeszcze takie przeżycia.
Wtedy też byłaś taka dzielna?
Cały czas byłam dzielna i jestem z tego dumna. Sama siebie zaskoczyłam. Znoszę ro wszystko z godnością, mimo, że, gdy leżysz jak kupa mięsa, czujesz, jakby ktoś odebrał ci godność. Mało tego, czasami jesteś tak traktowany.
Po tak trudnym okresie wiele poszkodowanych przez życie osób jest w jakiś sposób zmuszonych do zweryfikowania listy swoich znajomych. Wielu z nich nagle przestaje być przyjaciółmi. W moim przypadku akurat było to niepotrzebne. Wręcz przeciwnie.  Kiedy leżałem w szpitalu, otulony od stóp do szyi w białe bandaże, nawet nie byłem fizycznie w stanie odbierać przychodzących SMS-ów. Ale gdy w domu powoli zacząłem dochodzić do siebie, zrobiłem dokładny przegląd telefonicznej skrzynki. Odzywali się do mnie zatroskani znajomi z dawnych lat, o których – aż głupio mówić – już zapomniałem, co w zawodzie dziennikarza, nie jest w sumie takie trudne, ponieważ otoczenie zmienia się bardzo szybko, czasem aż za bardzo... Odzywali się do mnie nawet ci, których uznawałam za swoich nieprzyjaciół. Było mi z jednej strony głupio, a z drugiej niezwykle miło, że jestem w jakiś sposób aż tak dla nich wszystkich ważny! Wcale nie chodziło o ewentualną pomoc, choć ta była bardzo potrzebna. W takim bardzo trudnym momencie liczy się to, że ktoś o mnie pamięta i jestem dla kogoś ważny. Ten mały gest w trudnej chwili znaczy dużo więcej niż najlepszy lek. Mnie – mogę tak powiedzieć – nikt nie zawiódł. Z Moniką było trochę inaczej.

Po tym co się stało, okazało się, że tak naprawdę nie mam znajomych, albo moje znajomości stały się zbyt powierzchowne.
A ludzie z zespołu? Nie byliście blisko siebie?
Nie, nie byliśmy. Nasze relacje opierały się wyłącznie na pracy. Byliśmy bardzo różni.
I nagle się okazuje, że mimo, iż razem graliście, nie masz przyjaciół? Nikt nie dzwoni? Nie pyta?
Nie, to nie tak. Na początku telefony się urywały. Nie wiem, jak było u Ciebie, ale przecież mamy podobne doświadczenie. Wiele osób nie chce cię wtedy odwiedzić, przyjść, innych poruszy twoja historia. Ale wszystko szybko się kończy i pozostają tylko najbliżsi, którzy potrafią dalej się z tym zmagać. Biorą na siebie ciężar cierpienia, bo czymś innym jest odwiedzić poszkodowanego raz, a czymś innym być każdego dnia i widzieć twoją walkę. Tutaj potrzebne są bardzo silne relacje, bliskie więzi.

Wypadek zmienia często dotychczasowy sposób patrzenia na świat. Zmusza do myślenia, przewartościowania niektórych spraw, szukania odpowiedzi na pytanie, co jest dla mnie najważniejsze i po co to wszystko było?! Był to przypadek, a może jakiś znak? Niektórzy do końca walczą z... no właśnie, z czym? Jedni powiedzą, że z losem, przypadkiem, karą za grzechy, a inni nazwą to przeznaczeniem, a może nawet scenariuszem napisanym przez Reżysera, który z samej góry widzi dużo więcej niż my i który ma wobec nas tylko Jemu znane plany.
Jedni są w stanie się z tym pogodzić, może nawet zaprzyjaźnić, dostrzec sens. Potrafią nawet to przyjąć z wdzięcznością jako dar od Boga... Niektórzy od razu odkryją w tym rękę Stwórcy. Inni popukają się w głowę, gdy usłyszą coś o niesieniu własnego krzyża.
Każdy z ans przeżyłby to z pewnością bardzo indywidualnie. Ale mnie, dziennikarza, zawsze ciekawi odpowiedź na pytania: Jak te osoby sobie z tym wszystkim poradziły? Co dało im siłę?
Monika przyznaje, że la niej życie miało i ma sens. Z drugiej strony, jaki sens ma życie na wózku dla młodej i pięknej artystki, która nagle zostaje pozbawiona nie tylko pracy będącej jej pasją, ale także niektórych elementów kobiecej urody?
Obcowanie z cudzym cierpieniem, które zobaczyłam w szpitalu, nauczyło mnie pokory. To pozwala zrozumieć własne słabości, daje uspokojenie. Urok to coś czego wymaga się oda każdej kobiety. Musiałam zmienić podejście do tego, czym jest kobiecość, uroda, seksapil, bo nie są to tylko długie nogi. Zauważyłam, że mogę być atrakcyjna dla mężczyzn. On uświadomił mi, ze piękno jest dużo głębiej, niż mi się wydawało.
Powiedziałaś „on”, ale to chyba nie był Twój tata.
Nie, nie mój tata (śmiech).
Po jakimś czasie zorientowałem się że On do Kuba Raczyński, obecnie mąż Moniki. Wspaniały, wesoły mężczyzna, a przy okazji muzyk z jej zespołu. Znali się wcześniej, bo kilka lat temu grali ze sobą w Varius Manx. Wtedy tylko się kolegowali. Jak widać, uczucie musiało trochę poczekać. Kuba odezwał się rok po wypadku. Zaczęło się od przyjaźni, a skończyło przysięgą. Monika sama sobie zadaje pytanie, czy byliby razem, gdyby nie wypadek?
Ja wiem, że wszystko ma swój cel i w naszym życiu zawsze spotykamy ważne dla nas osoby. Tylko czasem zaczynamy rozumieć to zbyt późno.
A gdybyś nie poznała Kuby, to czy poczucie sensu życia byłoby dla Ciebie mniejsze?
Nie wygląda to tak, że przyjeżdża książę i ratuje nas z opresji. Najpierw musimy sami ze sobą zrobić porządek. Myślę, że gdybym była zgorzkniała, smutna, obrażona na los i stwierdziła, że jest nieatrakcyjna, to bym sobie sama tę szansę zabrała. Po prosty bałby się do mnie zbliżyć, bo wiedziałby, że jestem niedostępna., kiedy postanowiłam, że chcę się otworzyć, spróbować, udowodnić sobie, że jestem atrakcyjna, mimo że jestem na wózku, zrozumiałam, że nie tylko cało się liczy. Przecież ciało się starzeje, a to oznaczałoby, że za dziesięć lat będę już za stara na miłość. Tak o tym pomyślałam. Naturalną konsekwencją były piękne chwile w moim życiu, których się nie spodziewałam.
Kiedy życie znów zaczęło mieć dla mnie sens, brakowało jej już tylko... muzyki! Doszła do momentu, w którym człowiekowi zaczyna brakować pracy! To w powrocie do życia jest bardzo istotne. A u artysty ten głód jest podwójnie silny!
Monika Kuszyńska po wypadku nie przypuszczała, że tamto życie, które się jakoś skończyło, stanie się początkiem nowej, trudnej, ale zarazem wspaniałej drogi.
Wówczas, w 2010 roku, Monika – jak sama to ujęła – zaczęła trochę śpiewać i chyba w głębi serca już zaczęła marzyć, aby ponownie spotkać się z publicznością. Choć na pewno też się tego bała. Początki były trudne. Nagrała jedną piosenkę. Później pojawiły się nowe wyzwania, choć wstęp w programie „Bitwa na głosy”, o czym tak w 2012 roku mówiła w „Gali”: Jeszcze do niedawna miała wielki problem z powrotem do śpiewania, do publicznego występowania. Czułam silną barierę  psychiczną. Kilka miesięcy wcześniej na pewno bym się na to nie zdecydowała. Musiałam pokonać parę symbolicznych schodków. Pamiętam, że miałam w swojej głowie listę największych koszmarów, które mogłyby mi się przydarzyć.
Każdy z nas ma zapewne tremę przed publicznym wystąpieniem. Jak wielką musiała mieć Monika, gdy postanowiła wrócić do świata muzyki? Ile wysiłku kosztuje zdystansowanie się wobec siebie i nieprzyjmowanie się tym, co ludzie pomyślą. Ten strach może paraliżować! Przyznam, że dopiero po tym spotkaniu zrozumiałem, jak w tej nowej dla niej sytuacji powrót na scenę był trudny, ale i potrzebny.
Kiedyś byłam atrakcyjną dziewczyną, której zadaniem było świetnie wyglądać na scenie, dobrze się poruszać, przykuwać uwagę swoim wyglądem. Obecna sytuacja daje mi dużo mniejsze pole do popisu. Kiedy patrzę na teledyski, widzę siebie, ale zupełnie inną. Zmienia się wrażliwość człowieka po takich przejściach.
Swoją wrażliwość Monika pokazała w nowych utworach. Już pierwsza piosenka, którą dla nas wówczas zaśpiewała, taka właśnie była! Był to utwór z płyty „Pasja miłości”, do której nagrania Monikę zaprosiła Beata Bednarz. Piosenka „Nowa rodzę się” stała się także ilustracją naszego programu. To był dla Moniki taki nowy kamień milowy.
Ponieważ słowa piosenki odebrałem, jak śpiewaną osobistą modlitwę, zapytałem Monikę o jej stosunek do Boga i wiary. Czy to w jakiś sposób dało jej siłę? Po namyśle odpowiedziała, że... poszukuje. Ale chyba to zaufanie, zawierzenie Bogu, dojrzewało w niej, bo jakiś czas później mówiła już o tym coraz bardziej otwarcie, by przyznać, że zaraz po wypadku było wokół niej osób, które chciały „zarazić” ją wiarą. Ale chyba zrobiły coś nie tak, bo Monika wyczuła w nich fałsz i postanowiła sama odnaleźć drogę. Spokój i zaufanie przyszły dopiero po okresie buntu i złości spowodowanej brakiem natychmiastowych efektów leczenia... Tej swoistej łaski doznała po upływie niemal dwóch lat od wypadku. Wtedy dopiero pojawiły się osoby i okoliczności, które pozwoliły to wszystko zrozumieć, dostrzec w tym Boga.
Zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a moja słabość jest moją siłą... Mimo że ta moja walka cały czas trwa!
Po małych występach przyszedł czas na otwarte koncerty i własną płytę. Dziś Monika jest wzorem dla wielu osób. Nagrywa, bierze udział w wielu charytatywnych akcjach, występuje na scenie, a nawet w reklamie, nie wstydząc się tego, że cały czas jest na wózku. A to bardzo trudne! Lęk pokonywała stopniowo dzięki pomocy rodziców, siostry Marty i przyjaciół, tych prawdziwych. To pozwala ułożyć sobie wszystko na nowo. Dzięki temu angażuje się nie tylko w pracę, ale i w działalność społeczną. Przez to dla osób niepełnosprawnych stała się i symbolem, i nadzieją.
Coś, co wówczas nie było wcale takie pewne, dziś jest czymś normalnym. Po powrocie Monik na scenę ludzie zaczęli ją podziwiać. Dzięki temu poczuła się silniejsza. Zrozumiała, że to, co robi, jest dobre i ważne dla innych! Że tylko stopniowe pokonywanie własnych lęków i słabości da siłę, żeby iść dalej! Choć zapewne im częściej myślała o tym, aby wrócić na scenę, tym bardziej się tego bała.
Mam nadzieję, że także tamten odcinek „Niepokonanych” pomógł jej przełamać barierę wstydu, pewnego skrępowania.
Potrafisz czasem mówić głośno o swoich marzeniach?
Póki co, marzę, żeby wrócić na scenę, dlatego że tęsknię za śpiewaniem. Nie jest prosto wyjść z kokonu, który sobie stworzyłam, ale mogłam albo tam pozostać, albo wyjść na światło dzienne.
Monika nie mówi o tym głośno, ale z pewnością dzięki Kubie i jego miłości odkryła pokłady energii i siły w sobie. To pozwoliło jej podnieść się z upadku. Człowiek potrafi znieść naprawdę dużo. Taki wypadek niejednego wpędziłby w depresję i smutek. Sam widziałem w szpitalu akie przypadki. Najważniejsze jest poczucie, że nie jesteśmy sami, że obok jest ktoś, kto na nas czeka, pomoże, ochroni, przytuli, pozwoli się wypłakać... To bezcenne. Prawdziwa miłość to nie tylko namiętność i gorące pocałunki, ale przede wszystkim chęć dawani siebie komuś innemu, tak bez reszty. Wymaga to wysiłku i pracy nad sobą! Trzeba zrezygnować z wielu spraw. Ale tyle się dostanie, ile się najpierw od siebie da!
Wielką motywacją dla Moniki byli jej fani. Koncert jest swego rodzaju wymianą energii życiowej. I to działa w dwie strony. Na początku jest lęk, ale potem czuje się przepływ siły. Monika przekonała się o tym ponownie cztery lata po wypadku, kiedy we wrześniu 2010 roku zaśpiewała na scenie podczas Festiwalu Integracyjno-Filmowego w Koszalinie. Burza oklasków dała jej nową moc.
Dziś Monika cały czas szuka pozytywów, mimo wielu ograniczeń. Gorąco wierzy w postęp medycyny, w to, że kiedyś znów stanie o własnych siłach! Najgorsze to nic nie robić. Trwać w swoim nieszczęściu.
Jakie są plany na życie dzisiejszej Moniki?
Dzisiejsza Monika nauczyła się, że nie ma co planować. Więc nie wybiegają one daleko w przyszłość. Nie planuję. Marzę sobie. Bo marzenia mogą się pełnić albo nie. Żyję w zgodzie ze sobą i światem.
Ale te marzenia zaczęły się spełniać. Monika przyznaje, że największym sukcesem i lekcją było podniesienie się po wypadku, a największą ludzką niepełnosprawnością jest wewnętrzny lęk i brak wiary. Dzieląc się sobą z innymi, otrzymujemy w zamian znacznie więcej.
Czy fakt, że Varius Manx przez klika lat milczał, a teraz koncertuje z nową wokalistką, zmobilizował Cię do powrotu na scenę?
Cały czas myślałam, że wrócę z tym zespołem. Nie czułam się jednak na to gotowa.
Rozmawiałaś z nimi o tym?
Rozmawiałam, ale nie ze wszystkimi.
Pytali, czy chcesz wrócić do zespołu? Bo w sumie to nie tak dawno dostałaś od nich telefon z propozycją dołączenia do zespołu. Tamten telefon i Twoja decyzja zmieniły Twoje życie.
Tak, pytali mnie. Jan natomiast potrzebowałam większego entuzjazmu z ich strony, oczekiwałam jakiegoś wsparcia. Razem damy radę – tak to widziałam, ale tego zabrakło. W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły.
Tak z żalem w głosie Monika mówiłam w sierpniu 2010 roku. Wtedy jeszcze myślami była w tamtym, jej dawnym, muzycznym świecie. Jeszcze przed wypadkiem miała taki cel. Ale ta myśl pozostała także potem, że będzie ostatnią wokalistką tego zespołu. Teraz, kiedy o tym rozmawiamy, tylko się uśmiecha. Nie dlatego, że nie jest to już dla niej ważne. Wręcz przeciwnie, zawsze podkreśla, jak istotny był etap z Variusem. Ale dlatego, że jej życie poszło do przodu i mocna ją nawet zaskoczyło. Maź, nagrania, koncerty, własna płyta. Ale nie tylko! Niedawno zaczęła, jako dziennikarka, współpracę z Dzień Dobry TVN. Na początku bała się nowego wyzwania. Mówiła: Do tej pory to mi zadawano pytania, a teraz to ja stanę pod drugiej stronie mikrofonu. Muszę się odnaleźć w nowej roli. Jak nie wyjdzie, to trudno. Podjęła się tego,, ponieważ cieszyło ją,. Że telewizja chce pokazać coś pozytywnego, krzepiącego, bo taka też jest w tym jej rola. Rola niepokonanej, która daje światło innym. Bez wątpienia właśnie za jej postawę 7 lutego 2013 roku prezydent Polski Bronisław Komorowski uhonorował ją Złotym Krzyżem Zasługi za „zasługi w działalności artystycznej i charytatywnej na rzecz promowania sportu osób niepełnosprawnych”. Tydzień później wraz z mężem na wielkiej gali w hotelu Intercontinental otrzymała Srebrne Jabłko! To nagroda magazynu „Pani”, a dokładnie jego czytelników. To oni wybierają pary, których miłość ich najbardziej urzekła… (Pochwalę się w tym miejscu, że ta radość i całe związane z tym wzruszenie były dane i mnie. Nasze małżeństwo otrzymało Srebrne Jabłko w 2009 roku). Czy w takiej sytuacji, z takim dorobkiem jest jeszcze sens, aby Monika patrzyła za siebie?
Muzycznie jest teraz sama dla siebie sterem i okrętem. Nie pracuje dla nikogo, tylko na siebie. Dla artysty to wielka różnica. Dziś nie ma w niej co do tamtej współpracy, do której jednak nie doszło, absolutnie żadnego żalu. Nawet o tym już nie myśli.
Moje życie inaczej się potoczyło i jest to kolejny dowód na to, że nie można mówić „nigdy” albo „zawsze”. Moje życie osobiste teraz układa się bardzo dobrze. Miłość zmienia sens życia człowieka. Myślę, że rodzina jest bardzo ważna, dlatego najchętniej spędzam z nią czas. W domu odpoczywam i tworzę. To jest ogromne szczęście móc robić to, co się kocha, mieć miłość bliskich i opiekę Boga.
Chciałabyś zostać mamą?
Bardzo.

K. Ziemiec, NIEPOKONANI, Kraków 2013, 17-30

Parafia

 

Czytelnia

Słowo wzywające do wiary

Plac pełen żołnierzy.‭ ‬Jednakowe mundury.‭ ‬Te same czapki.‭ ‬Równy szereg butów.‭ ‬Padają jedne za drugimi słowa przysięgi.‭ ‬A potem wszyscy rozglądają się ze swoimi bliskimi.‭ ‬Chcą w tej chwili być razem.‭ ‬Mały chłopiec szuka swego ojca.‭ ‬Zadziera głowę,‭ ‬by dojrzeć jego twarz.‭ ‬Za wysoko.‭ ‬Wśród podobnie wyglądających mężczyzn trudno go rozpoznać.‭ ‬I nagle słyszy jego głos.‭ ‬Teraz wie,‭ ‬w którym kierunku ma pobiec.‭ ‬I już za chwilę jest w jego ramionach.‭ ‬Wysoko uniesiony widzi jego oczy.‭ ‬Teraz znów mogą być razem.

CZYTAJ DALEJ

fb/narodzeni